Społeczeństwo

ŻYCIE W KLATCE I ŚMIERĆ

10 milionów norek, lisów, jenotów, szynszyli i innych zwierząt futerkowych zabija się rocznie w Polsce. Daje to nam drugie, po Danii, miejsce w Europie. W Sejmie są już jednak dwa projekty ustaw zakazujących hodowli zwierząt na futra i jest spora szansa na ich przyjęcie.

Jacek Władysław Bartyzel

 

Polski przemysł futrzarski jest szczególnie duży, choć wyłącznie w odniesieniu do pozyskiwania surowca – jeśli słowem tym możemy określić nieobrobione skóry zabitych zwierząt. Fermy zwierząt futerkowych znajdziemy w całym kraju, w szczególności w Wielkopolsce, na Pomorzu i na Podkarpaciu. Wśród zabijanych zwierząt przodują norki (ponad 8 mln. rocznie), następne w kolejności są lisy, szynszyle i jenoty.

Klatka, gaz i elektrody

Norki i lisy w swoich naturalnych środowiskach potrzebują ogromnych przestrzeni. To zwierzęta terytorialne. Tymczasem na fermach spędzają całe życie w ciasnych klatkach. Wedle hodowlanych „norm”, na jedną norkę musi przypadać 0,18 m2 a na lisa 0,6 m2. To tak, jakby człowiek miał spędzić całe życie zamknięty w małej łazience, i to w towarzystwie innych osób. Sposób hodowli wywołuje niewyobrażalne cierpienie zwierząt. Zapewnienie zaś wystarczających standardów powierzchniowych byłoby ekonomicznie niemożliwe. Nie istnieje humanitarny sposób ich hodowli.

Jeszcze gorzej wygląda ubój. Najczęstsze metody zabijania zwierząt to gazowanie lub rażenie prądem. Norki zazwyczaj są gazowane w specjalnych maszynach, przed czym wyrywa się im kły. Wyrywanie zębów ma zapobiec zniszczeniu futer przez konające zwierzęta. Lisy i jenoty uśmierca się prądem, wkładając elektrody w pysk i odbyt zwierzęcia. Po włączeniu prądu zwierzę umiera w konwulsjach po kilku, kilkunastu sekundach.

Projekty ustaw o zakazie

W Sejmie złożone zostały dwa projekty nowelizacji ustawy o ochronie zwierząt, zakazujące zabijania na futra. Pod pierwszym z poselskich projektów podpisał się – choć czyni to niezmiernie rzadko – prezes PiS Jarosław Kaczyński i inni politycy tej partii. Drugi, podobny projekt przygotowali posłowie związani z Parlamentarnym Zespołem Przyjaciół Zwierząt
z PO i .Nowoczesnej.

Projekt PiS oprócz zakazu hodowli zwierząt na futra porusza jeszcze kwestię uboju rytualnego zwierząt, ale co do zasady oba przedłożenia idą w podobnym kierunku. Kwestią otwartą pozostaje długość okresu przejściowego na wygaszenie hodowli zwierząt futerkowych. W obu projektach mamy też zakaz trzymania psów na łańcuchach, wykorzystywania zwierząt w cyrkach i obowiązek chipowania psów.

Niewielkie znaczenie gospodarcze

Mimo gigantycznego, niepotrzebnego cierpienia, jakie jest udziałem zwierząt hodowanych na futra, znaczenie gospodarcze tych hodowli jest niewielkie – i to mimo polskiej pozycji wicelidera w Europie. Fermy zwierząt futerkowych zatrudniają ledwie cztery tysiące pracowników, w dużej mierze cudzoziemców, płace w sektorze są niskie, a składki ZUS odprowadzane są od nieco ponad tysiąca pracowników. Można więc domniemywać, że pozostałe trzy tysiące zatrudnionych jest w szarej strefie.

Udział polskich gospodarstw w produkcji gotowych wyrobów jest znikomy – ich rola ogranicza się do dostarczania nieprzetworzonego surowca, a nie gotowej odzieży. Według danych zgromadzonych przez Zachodni Ośrodek Badań Społecznych i Ekonomicznych na zlecenie „Otwartych Klatek” – organizacji walczącej o zakaz hodowli zwierząt futerkowych, odpowiada ona za jedynie 0,08 proc. polskiego PKB, 0,16 proc. eksportu i tylko 0,014 proc. wpływów podatkowych. To naprawdę tak mało, że trudno za pomocą ekonomii usprawiedliwiać okrucieństwo.

Co mówią futrzarze?

Przeciwko zakazowi hodowli protestują właściciele ferm. Jest o nich głośno, bo i mają szerokie zaplecze polityczne. Z jednej strony trudno się dziwić – walczą o własny interes. Z drugiej jednak – w ich argumentacji wiele jest demagogii i naginania faktów. Wielokrotnie zawyżają oni znaczenie gospodarcze swoich hodowli.

Hodowcy mówią o kilkunastu tysiącach zatrudnionych, a na niektórych protestach wspominano nawet o 50 tysiącach, choć nie ma się to nijak do realnych danych o zatrudnieniu czy zapotrzebowaniu hodowli. Hodowcy zupełnie bagatelizują oddziaływanie swoich ferm na środowisko zewnętrzne, na przykład fetor z mielonych i wyrzucanych zwłok obdartych ze skóry zwierząt. Tymczasem okoliczni mieszkańcy niemal zawsze narzekają na uciążliwość takiego sąsiedztwa.

Wreszcie, w medialnych relacjach pojawia się argument, jakoby hodowcy „kochali swoje zwierzęta”, gdyż tylko zadbane norki będą mieć ładne futro. Doprawdy trudno bez zażenowania komentować opowieści o miłości do zwierząt wśród osób, które traktują je jak rzecz i hodują tylko po to, by je zabić, gdy dostatecznie urosną, zedrzeć z nich futro,
a resztę ciała wyrzucić. Warunki na fermach fizycznie uniemożliwiają zapewnienie dobrostanu zwierząt, a liczne dowody zebrane przez organizacje prozwierzęce dokumentują ich tragiczny stan.

Nie jest też prawdziwe twierdzenie, jakoby po zamknięciu polskich ferm norek produkcja miała się przenieść na Ukrainę, do Rosji czy Chin, gdzie los zwierząt ma być jeszcze gorszy. Świadomość okrucieństwa hodowli zwierząt futerkowych rośnie na całym świecie i podobne zakazy stają się normą. Popyt na futra spada, a światowa produkcja znacząco maleje. Między 2013 a 2016 rokiem liczba zabijanych na świecie norek spadła z 87 do 54 milionów rocznie.

Podmiotowość zwierząt

Zwierzęta to nie rzeczy, a współczesna cywilizacja akceptuje ich podmiotowość. Prawa zwierząt wynikają wprost z ich świadomości i zdolności do odczuwania bólu, cierpienia czy emocji. O ile można jeszcze usprawiedliwić koniecznością zabijanie zwierząt np. dla pozyskania pokarmu, to nie da się tego zrobić w wypadku dóbr całkowicie zbytecznych
zastępowalnych, jakimi są futra zwierząt. Ogrom cierpienia i hodowanie w skandalicznych warunkach zwierząt tylko po to, by je zabić dla spełnienia zachcianek, przeczy wszelkim normom etycznym.

Szansa na zmianę

Losy zakazu jeszcze się ważą. Nie wiadomo nawet, kiedy nowelizacja ustawy będzie głosowana. Ale nie jest to już temat interesujący tylko garstkę zapaleńców czy prozwierzęce organizacje, takie jak Otwarte Klatki czy Fundacja Viva!. Kilkudziesięciu parlamentarzystów z niemal wszystkich opcji publicznie zadeklarowało, że poprą zakaz. Tych, którzy bronią hodowców kosztem praw zwierząt, ujawniło się dotąd niewielu – ale lobbying trwa i po tamtej stronie.

Tu jednak nie będzie klasycznego podziału na PiS i opozycję, dyktaturę i demokrację, łamanie i obronę konstytucji. Kryterium podziału będzie raczej empatia wobec niewinnych stworzeń spędzających życie w ciasnej klatce tylko po to, by zostać zabitymi. Oby tę empatię w dniu głosowania odczuło wystarczająco wielu parlamentarzystów.


„Nasze Czasopismo” nr 03-04/2018
fot. pixabay.com