Polityka

WIELKI BRAT W LOKALU WYBORCZYM

Rządząca większość twierdzi, że zainstalowanie kamer w lokalach wyborczych ma zapobiec fałszowaniu wyników głosowania. W praktyce jednak kamery mogą podziałać na wyborców zastraszająco i tym samym poważnie zniekształcić wyniki wyborów.

Marcin Podsędek

 

Grudniowa nowelizacja kodeksu wyborczego wprowadziła obowiązkową transmisję z każdego lokalu wyborczego w Polsce. Zwolennicy takiego rozwiązania wskazują, że obecność kamer ma wyeliminować przypadki fałszowania wyników wyborów, jakich na masową skalę mieli się dopuszczać podczas ostatnich wyborów samorządowych członkowie obwodowych komisji wyborczych. Co istotne, ani jeden przypadek fałszowania wyborów nie został udowodniony w żadnej z 25 tys. komisji obwodowych.

Kamery w lokalach wyborczych funkcjonują od wielu lat m.in. na terenie Federacji Rosyjskiej oraz Białorusi i raczej nie znajdzie się żaden odważny, który wskaże te dwa kraje za wzór systemowych rozwiązań, do jakich powinniśmy dążyć.

Przyzwyczajeni do nadużywanych przez partię rządzącą oskarżeń o fałszowanie kolejnych wyborów dość łatwo godzimy się dla tzw. świętego spokoju na wprowadzanie rozwiązań, które tylko pozornie mają zapewnić uczciwość wyborów. Niestety, bagatelizujemy przy tym niebezpieczeństwa, jakie kryją się za tą szalenie istotną zmianą.

Wyborca na cenzurowanym

A fakty są takie, że wprowadzenie obowiązkowych transmisji może zasadniczo wpłynąć na obniżenie frekwencji wyborczej, a także na sam wynik głosowania. Osoby bardziej bojaźliwe mogą zostać w domu. Duża grupa wyborców widząc kamerę w lokalu może konformistycznie zagłosować na rządzącego wójta, burmistrza lub ugrupowanie obecnie sprawujące władzę, czy też oddać głos na partię rządzącą w kraju. Szczególnie w małych miejscowościach wyborcy mogą nie zdecydować się na głosowanie przeciwko obecnemu wójtowi czy burmistrzowi, bojąc się ujawnienia swojego wyboru.

W przygotowanym przez Komisję Wenecką Kodeksie dobrych praktyk w sprawach wyborczych podniesiono, iż nawet sam fakt udziału w wyborach może być odbierany jako działanie polityczne, dlatego m.in. spisy wyborców wskazujące, czy dana osoba brała udział w głosowaniu, nie powinny być upubliczniane.

Nie wiadomo, w jaki sposób będą usytuowane kamery. Tajność głosowania zagwarantowana w Konstytucji musi być bezwzględnie zapewniona, gdyż w innym wypadku wybory można uznać za nieważne. Ustawienie kamery na urnę, która od najbliższych wyborów będzie przezroczysta, daje oglądającemu transmisję możliwość podejrzenia wrzucanego głosu.

Skutki odłożone w czasie

Tego, jak duży wpływ zarówno na frekwencję, jak i same wyniki głosowania miało wprowadzenie obowiązkowej transmisji, dowiemy się po wyborach samorządowych. Jednak wielu wyborców o obecności kamer dowie się po przyjściu do lokalu wyborczego. Dlatego prawdopodobnie dopiero podczas kolejnych wyborów do Parlamentu Europejskiego oraz polskiego parlamentu, zaplanowanych na rok 2019, poznamy skutki wprowadzenia tego w mojej opinii szkodliwego rozwiązania.

W ostatnich wyborach „europejskich” frekwencja wyniosła zaledwie 23,83 proc., a parlamentarnych 50,92 proc. Jeśli kamery dodatkowo ją obniżą, oznaczać to będzie, że w wyborach wezmą udział tylko żelazne elektoraty, a strach przed nagraniem może dodać kilka punktów procentowych aktualnie rządzącym. Dziś nikomu nie trzeba przypominać, że to właśnie oni posiadają najbardziej zdyscyplinowany elektorat.

Czy za cenę wszechobecnej kontroli mającej na celu pozorne poczucie uczciwości i transparentności powinniśmy bez głosu sprzeciwu godzić się na rozwiązania przybliżające partię rządzącą do pełnego zwycięstwa?


„Nasze Czasopismo” nr 03-04/2018
Marcin Podsędek – doradca wicemarszałkini Sejmu RP,
radny Rady Miejskiej w Sochaczewie V, VI i VII kadencji,
wiceprzewodniczący Zarządu Nowoczesnej Regionu Mazowsze
fot. pixabay.com