Społeczeństwo

KINO POLSKIE PO ŻYDOWSKU

Pierwszym bodaj dziełem, które podjęło bolesne tematy z najnowszej historii, był w 1961 r. „Samson” Andrzeja Wajdy na podstawie powieści Kazimierza Brandysa. Film opowiada losy młodego Żyda, któremu udaje się przejść na aryjską stronę, a kiedy próbuje powrócić do getta, okazuje się, że już zostało zniszczone. Dlaczego jednak próbuje? Film w specyficznej poetyce tamtych czasów dziś jest niesłusznie zapomniany. Szkoda, bo to doskonała opowieść liryczna w epickiej perspektywie, także z epizodami przedwojennego getta ławkowego, ale przede wszystkim poruszająca problem szmalcownictwa.

Potem był rok 1968. Podczas niedawnego panelu na temat Marca ‘68 w Muzeum Polin zwracano uwagę na analogie między ówczesną antysemicką nagonką a tą współczesną, która narasta, choć przy dojmującym braku polskich Żydów. Stwierdzono nawet, że niektóre wypowiedzi obecnych luminarzy na szczytach władzy stanowią dosłowne cytaty lub kalki tamtych. Dotyczy to na przykład oskarżania Żydów o odbieranie Polakom prymatu męczeństwa.

W 1967 r. Gomułka rzucił hasło V kolumny, teraz prezes Kaczyński rozpoczął ksenofobiczną batalię od szczucia na uchodźców, domniemanych terrorystów i roznosicieli groźnych zarazków. Gomułka przestraszył się rozwoju sytuacji do tego stopnia, że nałożył cenzurę na syjonizm, Izrael i Zagładę oraz embargo na słowo „Żyd”. Odtąd problematyka polsko-żydowska na całe dekady podlegała tabuizacji w publicznym dyskursie. Poza “Indeksem” Janusza Kijowskiego z 77 roku i nieco wcześniejszym “Sanatorium pod Klepsydrą” Wojciecha Hasa.

Dopiero w połowie lat. 80. XX wieku do nielicznych w Polsce dotarł „Shoah” – film dokumentalny Claude’a Lanzmanna o Holocauście. Tabu zdołał przełamać na krótką chwilę „Marcowymi migdałami” Radosław Piwowarski. Stało się to akurat u zarania III RP. W zamyśle film miał otwierać pamięć pięćdziesięciolatków, młodocianych świadków marcowych wydarzeń.

Wydawało się, że te wzajemne stosunki się wreszcie ułożą, bo wznowiono stosunki dyplomatyczne między Polską i Izraelem. Jak bardzo ulegliśmy złudzeniom, może świadczyć reakcja polskiej opinii publicznej na serię książek prof. Jana Tomasza Grossa, rozpoczętą w 1998 r. „Upiorną dekadą” i kontynuowaną takimi pozycjami, jak „Sąsiedzi: Historia zagłady żydowskiego miasteczka”, w której autor zadał m.in. pytanie „Czy można być równocześnie prześladowcą i ofiarą?”, a także „Strach. Antysemityzm w Polsce tuż po wojnie. Historia moralnej zapaści” oraz „Złote żniwa. Rzecz o tym, co się działo na obrzeżach zagłady Żydów”.

Warto dodać, że w tamtych latach powstały filmy Agnieszki Arnold: „Gdzie mój starszy syn, Kain?” oraz „Sąsiedzi”. Anna Bikont napisała książkę „My z Jedwabnego”. Książkom Grossa towarzyszyły wydawnictwa Centrum Badań nad Zagładą Żydów.

W ostatniej dekadzie mogliśmy zaobserwować wzmożone zainteresowanie kina problematyką stosunków polsko-żydowskich oraz wspólną bolesną historią. W 2010 r. na ekrany wchodzi “Różyczka” Jana Kidawy-Błońskiego (o żonie Jasienicy). W 2012 r. Władysław Pasikowski nakręcił „Pokłosie”, obsadzając w głównej roli Macieja Stuhra, który nie mógł się spodziewać reakcji części publiczności i nienawistnych ataków w konsekwencji swojego występu.

Agnieszka Holland podjęła temat szmalcownictwa w filmie „W ciemności”. Główny bohater, grany przez Roberta Więckiewicza, przechodzi wewnętrzną przemianę, kiedy okazuje się, że ukrywani przezeń Żydzi nie mają już czym płacić. Decyduje się na pomoc bezinteresowną. Wszystko kończy się happy endem, choć wiemy, że w rzeczywistości różnie bywało.

W kolejnym, 2013 roku, powstaje „Ida” w reżyserii Pawła Pawlikowskiego. W fabule, jak w soczewce, skupiają się wzajemne polsko-żydowskie traumy. O mordowaniu sąsiadów i przejmowaniu majątków, o zmianie tożsamości, także religijnej. Film rozprawia się z mitem “żydokomuny” w sposób na tyle nieoczywisty, że jedni krytykowali go za jego przywoływanie, inni – za zbyt delikatne wyeksponowanie.

Na początku 2015 r. Borys Lankosz zekranizował kryminał Zygmunta Miłoszewskiego „Ziarno prawdy”. Jego kanwą jest kłamstwo krwi, czyli średniowieczne przekonanie o upuszczaniu krwi chrześcijańskim niewiniątkom w celu sporządzenia żydowskiej macy.

Dlaczego akurat teraz pojawiają się podobne filmy? Czy twórcy mają intuicję społeczną, czy realizują program edukacyjny? Należy przypuszczać, że mamy do czynienia z rodzajem myślenia zbiorowego, w którym artysta poczuwa się do roli przełamującego tabu.

Lankosz cytuje Tadeusza Konwickiego: „Polacy są ślicznym, pełnym wdzięku, inteligentnym narodem, ale narodem infantylnym. Są dziecinni i dlatego cierpią na silny kompleks ojca. Polacy nie potrafią żyć bez Ojców Narodu. Dlatego Polacy całym ogromnym wysiłkiem podświadomości usiłują w każdej epoce urodzić złotego cielca w postaci atrapy ojca.” Na ten sam infantylizm zwraca uwagę Barbara Engelking: „Martwi mnie próba budowania świadomości narodowej na poziomie dziecięcego świata, w którym Polacy stanowią emanację dobra, są wyłącznie niewinnymi ofiarami”.

Powróćmy jednakże do naszego przeglądu filmowego. Pod koniec 2015 r., a więc w trakcie dramatycznej kampanii wyborczej, miał premierę „Demon” zmarłego tragicznie Marcina Wrony, koprodukcja polsko-izraelska, stanowiąca współczesną wersję Dybuka, ale też opowiadająca o mieniu żydowskim w małym miasteczku, obecnie monoetnicznym, mieniu pozostawionym przez bezpotomnie zmarłe ofiary Holocaustu.

Rok wcześniej wydana została wstrząsająca książka „Klucze i kasa. O mieniu żydowskim w Polsce pod okupacją niemiecką i we wczesnych latach powojennych, 1939-1950” pod redakcją Jana Grabowskiego i Dariusza Libionki. Wspominam o tym, gdyż na zasadzie przekornej projekcji trwa od końca wojny opowieść o tym, jak to cienie zgładzonych Żydów powrócą po swoje majątki. Jak w „karykaturze” tygodnika „Angora” z 2011 r. (za którą przeproszono publicznie), gdzie dwóch Żydów stoi zapatrzonych na Pałac Kultury i jeden obiecuje drugiemu: „Synu, to wszystko będzie kiedyś twoje!” (z nadtytułem „Co jeszcze mamy oddać Żydom?”).

Powstają filmy dokumentalne. Jeden z najważniejszych to „Miejsce urodzenia” Pawła Łozińskiego o Henryku Grynbergu. Zbigniew Stańczyk jest autorem „Dotknięcia Anioła” o Henryku Shoenkerze z Oświęcimia. Mamy film „Przy Planty 7/9” o Bogdanie Białku, niezmordowanym orędowniku pojednania polsko-żydowskiego po pogromie kieleckim. Wciąż czekamy na ekranizację wspomnień Marka Edelmana spisanych przez Paulę Sawicką „I była miłość w getcie”, w reżyserii Jolanty Dylewskiej…

Mimo tak wielkiego wysiłku twórczego wydaje się, że problematyka polsko-żydowska pozostaje w sferze tabu. Mamy katalog książek i filmów, lecz nic z tego nie wynika, a statystyczni Polacy nadal podatni są na antysemicką propagandę.

Przemysław Wiszniewski

„Nasze Czasopismo” nr 03-04/2018
fot. Kadr z “Ziarna prawdy” Borysa Lankosza