Polityka

KOSZTOWNA LEKCJA PATRIOTYZMU

Czy po tylu latach istnienia demokracji naprawdę konieczne jest wydawanie dodatkowych ustaw, aby nigdzie w naszym kraju nie propagowano totalitarnego ustroju? Nowa ustawa dekomunizacyjna nasuwa wiele takich pytań.

Ewa Krawczyk-Dębiec

 

Jak ocenić, czy jakaś nazwa upamiętnia osoby, organizacje, wydarzenia godne tego, by pozostały w naszej pamięci, czy też propaguje represyjny, autorytarny i niesuwerenny system władzy w latach 1944–1989? Czym jest w Polsce patriotyzm w czasach pokoju – bitwą o nazwy ulic?

Konstytucja RP zakazuje istnienia partii politycznych i organizacji odwołujących się do totalitarnych metod i praktyk. Kodeks karny penalizuje publiczne propagowanie tego typu ustrojów. Czym jest więc ustawa dekomunizacyjna, która weszła w życie 2 września br.?

Pierwszy projekt pojawił się w 2013 r., ale dopiero kolejny – z 2016 r., został uchwalony. Z uzasadnienia dowiadujemy się, że pomimo upadku poprzedniego ustroju wiele budowli, obiektów i urządzeń użyteczności publicznej ma komunistycznych patronów. Ten stan może być demoralizujący dla społeczeństwa, stąd zakaz nadawania takich nazw. Jednocześnie
samorządy mają dwanaście miesięcy na zmianę już istniejących, a jeżeli tego nie zrobią, nowego patrona nada wojewoda. Gdy jednak dotyczy to drogi wewnętrznej, konieczna jest zgoda właściciela.

NAJPIERW WERYFIKACJA

Samorządy w pierwszej kolejności ustalą nazwy wymagające zmiany. Nie jest to dla nich temat nowy, bo IPN od lat występuje z takimi wnioskami.

Kto to zrobi? W Krakowie decyzje wstępnie zaopiniuje Zespół ds. Nazewnictwa Komisji Kultury i Ochrony Zabytków. W stolicy najpierw uzupełnić trzeba zasady nadawania i zmieniania nazw, gdyż obecne nie dotyczą budynków. W Lublinie zajmie się tym Zespół ds. Nazewnictwa Ulic i Placów Publicznych.

IPN zadeklarował szerokie wsparcie i wyjaśnił, co zrobić, aby zapisy ustawy zostały wdrożone. Przede wszystkim samorządy muszą zastanowić się nad nowymi nazwami.
Mogą przy tym poprosić o pomoc IPN i zapytać o patrona lub wydarzenie albo skorzystać z wykazu dostępnego na stronie internetowej Instytutu. Tam można się upewnić, czy Jan Krasicki, Zygmunt Modzelewski, Marceli Nowotko, Wanda Wasilewska, ale także Armia Ludowa i Związek Walki Młodych są odpowiednie czy nie. Takie listy IPN sporządzał
dużo wcześniej, niż pojawił się pierwszy projekt ustawy, stąd wiemy, że w samej Warszawie do zmiany jest trzydzieści nazw.

IPN nie tylko przeanalizuje całą dokumentację, m.in. uchwałę lokalnych władz, ale pomoże też w wyborze nowej, poprawnie politycznej nazwy, o ile samorządy będą chciały taką nadać. Dzięki prowadzonemu od lat projektowi „Patroni naszych ulic” można łatwo ustalić, że generał „Nil”, rotmistrz Pilecki, „Inka”, ksiądz Jerzy Popiełuszko i Obrońcy Poczty
Polskiej w Gdańsku są idealnymi kandydatami, a ich losy nie wpasowują się w ustawę dekomunizacyjną. Zanim nastąpi zmiana, wojewoda, po uzyskaniu obligatoryjnej ustawowo opinii IPN, stwierdzi nieważność uchwały samorządu nadającej nazwę. Jest to pozytywna strona ustawy. Bowiem wyjaśnianie takich okoliczności to zadanie dla historyków, a nie dla polityków.

IPN ma trudną rolę. Historia naszego kraju wiodła krętymi drogami. Znane są sylwetki żołnierzy antykomunistycznej partyzantki, którzy byli przez krótki czas funkcjonariuszami Urzędu Bezpieczeństwa, np. Józef Kuraś „Ogień”. Z kolei np. Jacek Kuroń, zanim został założycielem KOR i ministrem w demokratycznej Polsce, był działaczem ZMP. Trudno jest obiektywnie ocenić ludzkie losy i wybory.

KOSZTY I UCIĄŻLIWOŚCI

Według szacunków IPN ponad tysiąc obiektów publicznych posiada nazwy wymagające zmiany. Dlaczego tak dużo? Odpowiedź jest prosta – koszty. Na skutek pism IPN wysłanych w ubiegłych latach do samorządów jedynie w kilku przypadkach zastosowano się do zaleceń. W pozostałych wskazywano na uciążliwości z tym związane, głównie finansowe.

Obciążenia odczują wszyscy mimo ustawowego zwolnienia od opłat pism oraz postępowań sądowych i administracyjnych o ujawnienie nowych nazw w księgach wieczystych, rejestrach, ewidencjach i dokumentach urzędowych. Dolegliwy może być dla nas brak możliwości uaktualniania rejestrów i ewidencji z urzędu, bez konieczności osobistego stawiennictwa w sądach, urzędach, ZUS i bankach. Nikt nie policzył kosztów przedsiębiorców – nowych pieczątek, papieru firmowego i innych rzeczy, na których widnieje niepożądany
adres, chociażby materiałów marketingowych.

Dla samorządów obciążeniem jest nie tylko wymiana tablic z patronami (w Krakowie jedna to wydatek 200 zł), ale przede wszystkim – co brzmi przewrotnie – zwolnienie z opłat. Co prawda minimalizuje ono skutki finansowe dla obywateli, ale powoduje, że samorządy ponoszą koszty, nie mając dochodów niezbędnych do sfinansowania nałożonych
zadań.

Zmiana nie będzie mieć wpływu na ważność dokumentów zawierających dotychczasowy adres. Nie trzeba ich wymieniać, dopóki nie upłynie ich termin ważności. Tylko czy wówczas nasze dokumenty będą pełnić swoją rolę?

PATRIOTYZM NA ULICACH

Na koniec krótka refleksja. Czy lekcja patriotyzmu musi się odbywać na ulicach? Może zamiast obowiązującej w danej chwili poprawności politycznej zastosować nazwy neutralne, niebudzące w żadnym systemie kontrowersji? Patriotyzmu i szacunku do historii własnego kraju można przecież uczyć w inny sposób niż przyklejając etykiety na mury. Nie będzie wówczas problemu z kosztownymi zmianami i niekończącymi się dyskusjami, kto był większym bohaterem i czy w ogóle nim był. Przecież Wiśniowa, Malinowa, Różana czy Kasztanowa nikomu nie wadzą. Na co zdecydują się samorządy? Zobaczymy za rok.


„Nasze Czasopismo” nr 8/2017
rys. Paweł Gayczak