Społeczeństwo

CO Z TYM SMOGIEM?

Choć nie wszyscy w niego wierzą, nad Polską wisi smog. Ten groźny stwór rujnuje nasze zdrowie i pożera olbrzymie pieniądze. Trzeba mu wypowiedzieć bezpardonową wojnę,
zanim wyrządzi jeszcze większe szkody.

Piotr Kleczkowski

 

Duszący, o zapachu kotłowni, czy słodkawo-mdły z wydechów diesli. Chyba wszyscy go znamy: zapach smogu. Jednak wielu naszych rodaków drażni nie smog, ale zauważanie go. Zajrzyjmy na jedną z ostatnich dyskusji w sieci (pisownia oryginalna):

„ jaki smog jedne wielkie oszustwo , tu o kase chodzi a nie o czyste powietrze, w czasach PRL, był przemysł , ludzie palili weglem i drewnem, i smogu nie było…”
Inni problem jednak widzą:
„ty nieuku,porownaj dlugosc zycia np. z Szwedami lub,blizej, niemcami!Co za debil???!!!”

To jak jest naprawdę? Wymysł ekologów i lewaków, zręczna strategia marketingowa czy wielkie zagrożenie?

Który smog gorszy?

Najpierw przyjrzyjmy się przeszłości. Systematycznych pomiarów smogu z czasów PRL nie mamy, ale możemy o nim wnioskować pośrednio. Znacznie większe były emisje przemysłowe, w przypadku pyłów i dwutlenku siarki kilkakrotnie. Emisje z ogrzewania indywidualnego jednak większe są dziś. Znacznie wzrosła liczba domów jednorodzinnych (o ok. 1,5 mln od 1990 r.) i pogorszyło się paliwo. Nawet w PRL nie dopuszczano do spalania odpadów z produkcji węgla – tzw. mułów i flotokoncentratów, obficie emitujących bardzo szkodliwe substancje, w tym rakotwórcze. Ten cywilizacyjny krok wstecz zrobiła ekipa rządząca w 2004 r., aby poprawić wyniki finansowe kopalni.
Do tego śmieci. Trudno powiedzieć, czy w PRL skłonność do ich spalania była większa czy mniejsza niż dziś, ale ilość odpadów nieustannie rośnie. Najszybciej takich materiałów, które podczas spalania emitują szczególnie toksyczne związki, czyli tworzyw sztucznych i substancji zawierających chlor. Jeżeli przeanalizujemy też zmiany w transporcie, to dojdziemy do wniosku, że dzisiejszy smog jest prawdopodobnie bardziej szkodliwy niż ten sprzed kilkudziesięciu lat.

Z badań wieje grozą

Czy mamy jednak pewność, że nam szkodzi? Przecież ludzie jakoś żyli i żyją nadal. Od lat prowadzone są na ten temat systematyczne badania naukowe. Ostatnio ten zasób wiedzy powiększa się szczególnie szybko i wnioski nie są wesołe: zanieczyszczenia powietrza są bardziej szkodliwe niż sądzono jeszcze niedawno.Oto pierwsze z brzegu dane z Polski: odsetek dzieci chorych na alergię lub astmę w Krakowie wynosi 54 proc, a w stosunkowo czystym województwie warmińsko-mazurskim – 4 proc. Odsetek przedwczesnych zgonów w aglomeracji górnośląskiej – 240 na 100 tys. mieszkańców, przy średnim stężeniu pyłu PM2,5 równym 34 mikrogramy/m3. W Gorzowie Wlkp. odpowiednio – 80 zgonów przy 15 mikrogramach/m3. Dowody działają też w drugą stronę. Tam, gdzie udało się energicznie obniżyć poziom zanieczyszczeń, śmiertelność wyraźnie spadła, tak było na przykład w Dublinie.

Na mnie szczególne wrażenie robią wyniki badań przeprowadzonych w Krakowie i potwierdzonych zbliżonymi badaniami z USA. Dzieci, które w okresie prenatalnym narażone były na smog, wykazują (poza innymi niekorzystnymi parametrami) niższą inteligencję, średnio o 3,8 IQ – a z warunków badania wynika, że realnie różnica jest jeszcze większa. Godzimy się na to w epoce, kiedy gospodarka oparta na myśli już puka do naszych bram. Czy będzie miał kto otworzyć?

Straty zdrowotne przekładają się na finansowe. Z oszacowania Europejskiej Agencji Środowiska dla UE wynika, że w Polsce suma strat to ok. 150 mld zł rocznie.

Oszukane normy

W komunikatach o stanie powietrza zdarza się radosny zielony kolor oznaczający, że jakość powietrza jest dobra, a nawet bardzo dobra. Często to złudny optymizm. Te oceny opierają się na normach obowiązujących w UE. Jednak wartości zalecane przez Światową Organizację Zdrowia (WHO) jako graniczne są często o połowę niższe. Zbliżone do nich wartości obowiązują jako normy w Szwajcarii. W przypadku pyłu WHO zresztą od pewnego czasu ostrzega, że bezpiecznego stężenia nie ma, pył zawsze może być szkodliwy.

Podobnie jest z substancjami rakotwórczymi, których oddziaływania na nasz organizm kumulują się w ciągu całego życia. WHO wartości zalecanych nie podaje dla nich w ogóle, tylko tzw. wartości referencyjne, przy których ryzyko rozwinięcia się procesu nowotworowego jest znikome. Przedstawicielem tych substancji w powietrzu jest benzo(a)piren, dla którego UE wyznaczyła normę na poziomie 1 ng/m3, podczas gdy wartość referencyjna WHO jest ośmiokrotnie niższa. W Polsce średnia z pomiarów benzo(a)pirenu ze wszystkich stacji to 6 ng/m3 i jest to wielokrotnie więcej niż w innych krajach UE.

Świat działa, Polska nie

Świat zauważył to zagrożenie już dawno. W drugiej połowie XX w. zaczęto ograniczać smog we wszystkich krajach rozwiniętych. Najpierw redukowano emisje przemysłowe, potem grzewcze, a na końcu transportowe. Walka ze smogiem trwa i nadal nie jest wygrana. Chiny, niedawno uznawane za światowego brudasa i truciciela numer jeden, trzy lata temu wypowiedziały smogowi zdecydowaną wojnę i już mają efekty. Stężenie pyłu w Pekinie spadło o 25 proc. Paradoks Polski polega na tym, że o ile emisje z przemysłu i energetyki ograniczamy (opornie, w UE jesteśmy maruderem) to w sprawie emisji grzewczych i transportowych na szczeblu centralnym ciągle nie zrobiliśmy prawie nic. Stąd lutowy wyrok Trybunału Sprawiedliwości UE, który orzekł, że Polska narusza unijne prawo w dziedzinie jakości powietrza. Za tę bezczynność możemy zapłacić nawet 4 mld zł.

Co trzeba zrobić?

Najlepsze są decyzje administracyjne, które mało kosztują, wśród nich wprowadzenie norm jakości dla paliw stałych. Normy te obowiązują już w kilku województwach, ale z ich przestrzeganiem jest krucho. Obecnie w Sejmie trwają prace nad rządowym projektem nowelizacji ustawy o jakości paliw stałych. Ustawa ma wejść w życie jeszcze przed wakacjami.

Dalej mamy już kosztowne działania techniczne, przede wszystkim wymianę prymitywnych kotłów zasypowych na gazowe bądź nowoczesne kotły węglowe. Operacja ta w skali kraju musi kosztować ok. 50 mld zł, ale według moich uproszczonych obliczeń (innych brak) powinna przynieść redukcję łącznego zagrożenia zdrowotnego smogiem aż o ok. 65 proc, a to z kolei może przynieść roczne oszczędności rzędu 100 mld zł.

Pytanie, czy to się opłaca, staje się więc retoryczne, natomiast pozostaje inne: skąd te 50 mld wziąć? Zapewne złożyć się muszą wszyscy po trochu: budżet państwa, samorządy i właściciele nieruchomości. Od szczegółów mamy polityków, oczywiście tych mądrzejszych.

Warto przy okazji obalić mit, który stał się nawet bazą programu rządowego Smog Stop. Otóż inna możliwa operacja – termoizolacja budynków – pozwala oszczędzać paliwo i obniża emisję dwutlenku węgla, ale jako sposób ograniczania smogu jest mało efektywna. Gdybyśmy zamiast wymienić kotły zaizolowali wszystkie wymagające tego budynki, to łączne zagrożenie smogiem spadnie tylko o kilkanaście procent, przy koszcie wyższym niż wymiana kotłów.

Trzeba też mieć świadomość, że bez wielkiej akcji edukacyjnej większość społeczeństwa (a w ślad za nią politycy) na wydanie tych 50 mld po prostu się nie zgodzi, bo po co płacić za walkę z czymś, czego nie ma? Zwłaszcza że to jeszcze nie koniec drogi.


„Nasze Czasopismo” nr 5/2018
fot. pixabay.com