Gospodarka

SZARA STREFA PYTA „W CO SIĘ BAWIĆ”?

Dobrych podręczników do ekonomii jest sporo. Ale ani jeden  nie bada „ekonomii szarej strefy”. Nie znam ekonomisty, który przedstawiłby powiązania i współzależności, siły oddziaływania i częstotliwość występowania zjawisk wspólnych dla legalnej i szarej strefy.

Dr Dariusz Maciej Grabowski

 

Przez szarą strefę rozumiem działalność gospodarczą prowadzoną ze świadomością łamania prawa podatkowego, czyli mającą na celu zaniżanie bądź unikanie płacenia podatków. W szarej strefie pracuje w Polsce kilka milionów ludzi. Kim są? To setki tysięcy Ukraińców, ale też legalnie zatrudnieni pracownicy wielkich korporacji i sieci handlowych, które to firmy bezwzględnie oszukujących państwo na podatkach. To także mali, średni i duzi polscy przedsiębiorcy którzy często przymuszeni opresyjnością przepisów podatkowych bądź nierówną konkurencją decydują się na naruszenie przepisów podatkowych. To w końcu bezwzględni i chciwi cwaniacy, nieuznający żadnych ograniczeń.

Kwoty zaniżonych podatków i wynikające stąd problemy budżetu państwa są ogromne. Pytanie nabiera szczególnej aktualności teraz, gdy rząd, ministrowie finansów i sprawiedliwości oraz podległe im służby podjęły walkę o skuteczniejszą ściągalność danin.

Legalizowanie luksusowej konsumpcji

Jak zareagują przedsiębiorcy na zintensyfikowaną egzekucję podatków? Ci, którzy dysponują pokaźnym majątkiem, zapewne podejmą decyzję o wycofaniu się z „lewych interesów”.  Nie będą chcieli ryzykować. Ale pojawia się pytanie „w co się bawić?” Jaką działalność podjąć, gdzie i w co zainwestować wiedząc, że trzymanie pieniędzy w skarpecie bądź w banku jest marnotrawstwem?

Już w czasie potrzebnym do podjęcia decyzji znaczna część lub całość nagromadzonych środków  zostaje zamrożona i wyłączona z cyrkulacji. Dla legalnego
i szarego rynku oznacza to ograniczenie popytu i spowolnienie obiegu pieniądza. Przedsiębiorcy, którzy byli aktywni w szarej strefie, robili to po części oficjalnie, po części „na lewo”. Zarobione pieniądze wydawali na legalnym i nielegalnym rynku. Tu powstawał naturalny punkt styczny szarej strefy z rynkiem legalnym, a skala tej współzależności nie była marginalna.

Bądźmy pewni, że przymus inwestowania przedsiębiorcy z szarej strefy czują mocniej niż pozostali. Wynika to z „konieczności legalizowania” luksusowej konsumpcji i poczucia obowiązku lokowania majątku w dobra, które nie tracą na wartości z powodu inflacji.

„Boom” na rynku mieszkaniowym

Jak inwestować zgromadzone środki? Najprostsza odpowiedź brzmi: w nieruchomości, mieszkania, domy, place, ziemię.Polska i Polacy, jako społeczeństwo na dorobku, przez wiele jeszcze lat będą  oszczędzać, zaciągać kredyty na budowę mieszkań i domów. Ryzyko poniesienia straty jest więc znikome.

Od ponad roku obserwujemy boom mieszkaniowy. Rocznie buduje się ponad 100 tysięcy mieszkań. Czynsz w mieszkaniach na wynajem rośnie jednak wolno, a zatem opłacalność takich inwestycji maleje. Okres „zwrotu” z inwestycji w mieszkania na wynajem przekracza z reguły siedem, a bywa, że 10 lat. Zarówno z punktu widzenia mikro, jak i makroekonomicznego jest to inwestycja o niskiej rentowności. Bardziej przypomina zamrażanie pieniędzy i godzenie się na niski zysk dla uniknięcia straty niż pogoń za maksymalnym zarobkiem.

Uważam, że za rok, najwyżej dwa boom w budownictwie mieszkaniowym wyhamuje. Będzie to efektem zarówno wzrostu kosztów robocizny, materiałów, surowców, ceny działek, jak i osłabienia popytu wobec względnego nasycenia rynku. Oby nie spowodowało to początku kryzysu w budownictwie.

Niedochodowy rynek finansowy

Lokowanie pieniędzy w bankach na dłuższy termin zakrawa na kpinę. Oprocentowanie lokat nie przekracza 3proc., a po odliczeniu wskaźnika inflacji i podatku Belki często przynosi stratę.

Inwestowanie w akcje spółek notowanych na giełdzie przy prowadzonej przez państwo polityce „odsysania” środków z funduszy emerytalnych, przy obowiązującym podatku Belki i przy o wiele atrakcyjniejszym poziomie wskaźników giełdowych na świecie oraz przy „dryfowaniu na mieliznę” warszawskiej giełdy mija się z celem. Obroty na niej od wielu lat nie przekraczają średnio kilkuset milionów złotych dziennie. Przygnębiająco brzmi informacja, że w dobie, gdy premier Mateusz Morawiecki nawołuje do repolonizacji instytucji finansowych i firm, na rodzimej giełdzie ponad 55 proc. obrotów generują inwestorzy zagraniczni i ich udział rośnie. Drobni inwestorzy stanowią 14–16 proc . Polskie fundusze inwestycyjne to około 30 proc. obrotów na giełdzie i ich udział spada.

Kryptowaluty

Pojawił się pomysł pociągający z punktu widzenia indywidualnego inwestora, ale groźny – by nie powiedzieć zabójczy – dla rynku i budżetu państwa: kryptowaluty. Jak króliki z kapelusza w Internecie zjawiają się firmy, głównie o zagranicznym rodowodzie, które zachęcają do inwestowania w te produkty.

Teoretycznie forma inwestycji jest prosta, a potencjalny zarobek pokaźny. Należy kupić – im więcej tym lepiej – zubożonych wersji komputerów, a raczej maszyn obliczeniowych wraz z kartami graficznymi, oprogramowaniem i zabezpieczyć spory przydział mocy. Komputery, które w slangu nazywamy koparkami, mają liczyć 24 godziny na dobę.  Inwestowanie w kryptowaluty nie wymaga organizowania procesu pracy polegającego na zatrudnianiu pracowników, nadzorze nad nimi i kontroli.

Jeśli inwestowanie w nieruchomości traktujemy jako działalność gospodarczą o malejącej efektywności, to kryptowaluty są klasycznym przykładem spekulacji finansowej, gdzie realne kapitały są odłączone od gospodarki, nie tworzą żadnego produktu ani usługi. Ponieważ kryptowaluty są „bezpaństwowcami”, należy liczyć się z transferem za granicę rodzimych środków pieniężnych i zubożaniem krajowego rynku. Jeśli uznać, że szaleństwo kryptowalut nie ominie Polski, rząd powinien pomyśleć nad rozwiązaniami, które przyciągną polskich
i zagranicznych  inwestorów do rodzimej gospodarki.

Zachęty do wyjścia z szarej strefy

Walka władz z szarą strefą jest skuteczna głównie przeciw rodzimym małym i średnim przedsiębiorcom. W walce z nadużyciami korporacji i firm zagranicznych rezultaty są mizerne. Dochody z podatku CIT i akcyzy rosną nieznacznie. Wielki kapitał nadal unika opodatkowania i nieuczciwie się bogaci. Taki stan rzeczy powinien przekonać rządzących, że należy zaproponować rozwiązania, które poprawią konkurencyjność rodzimych inwestycji.

Ponieważ byłym „aktywistom” szarej strefy wysoki poziom dochodów „wszedł w krew” nakłonienie ich do inwestowania w legalną gospodarkę byłoby łatwiejsze, gdyby od określonej wielkości poniesionych nakładów dla wszystkich polskich przedsiębiorców wprowadzić 3-, a może 5-letnie zwolnienie z podatku dochodowego. Chodzi o to, by środki, którymi dysponują, zaczęły nakręcać koniunkturę, a oni sami mieli poczucie sensu prowadzonej działalności.

Najwyższa też pora, by podjąć działania „reanimujące” warszawską giełdę. Należy zlikwidować tzw. podatek Belki i wprowadzić obowiązek wypłaty godziwej dywidendy akcjonariuszom przez spółki skarbu państwa. Należy wyjaśnić, co stanie się z pozostałością kapitałów zgromadzonych w OFE i stworzyć zachęty dla inwestujących na giełdzie. Wszystko to ożywiłoby i ustabilizowało rynek finansowy w Polsce.


„Nasze Czasopismo” nr 5/2018
fot. pixabay.com