Felieton

JĘZYK KSZTAŁTUJE ŚWIADOMOŚĆ

Karol Marks głosił, że byt kształtuje świadomość. Dzisiaj ta teza już chyba mocno przebrzmiała. Jak większość założeń marksizmu, leninizmu i komunizmu nie wytrzymała próby czasu. Ale nie o determinizmie ekonomicznym chcę dzisiaj rozmawiać, a raczej o „determinizmie językowym”.

Mateusz Kijowski

 

Ostatnie dwa miesiące były szczególnie ważne w historii Polski z dwóch powodów. To one dobitnie potwierdziły, że mimo niewiarygodnej poprawy bytu przez ostatnie pół wieku nasza świadomość jest podatna na te same wpływy ze strony języka. Wystarczy kilka słów kluczy, żeby obudzić te same emocje, te same procesy społeczne, te same demony. To, co 50 lat temu obudził Mieczysław Moczar walczący o władzę w PZPR, w 2018 r. obudzili aparatczycy rządzącej dzisiaj monopartii. Tak jak ówczesny Pierwszy Sekretarz – Władysław Gomułka, tak i dzisiejszy Pierwszy Sekretarz – Jarosław Kaczyński – nie powstrzymał rozlewającej się mowy nienawiści. Nawet jeżeli nie tak wyraziście ją wspierał. Nie można mieć jednak wątpliwości, że bez jego zgody i wiedzy nie wydarzyłoby się to, co się wydarzyło. Chyba że założymy jego totalną demencję i brak kontroli nad własnym otoczeniem.

O antysemityzmie z 1968 i o antysemityzmie z 2018 r. powiedziano już wiele. Pokazano pokrewieństwo i mechanizmy dziedziczenia oraz sposób zaprzęgnięcia go do celów politycznych. Ale mnie ciągle niepokoi kwestia języka. Przykłady sprzed pół wieku są niejako spreparowane i gotowe do badania, ale przez ewidentną analogię opisują również dzisiejsze „wydarzenia”. Wydarzenia piszę w cudzysłowie, bo niby dzisiaj wszystko jeszcze pozostaje w sferze języka. Ale on przecież kształtuje świadomość.

Język nienawiści używany przez politycznych aktywistów został opisany. Muzeum Polin pokazało na wystawie „Obcy w domu”, jak niewiele różni się język tamtych czasów od współczesnego. Mnie martwi to, że elementy tego języka – dzielącego i piętnującego w jakiś sposób – pojawiają się również po stronie świadomie i celowo walczącej z antysemityzmem. Wyrazem tego jest pytanie zadane z sali w czasie spotkanie organizowanego przez B’nai B’rith w muzeum Polin z okazji 50. rocznicy marca ‘68. Jeden z uczestników zapytał panelistę – czym się różni Polak od etnicznego Polaka.

Wiem, świadomość zmienia się powoli. Wiem, język nie wszystko jest w stanie udźwignąć od razu. Wiem wreszcie, że wiele konstrukcji językowych wydaje się początkowo sztucznych, kiedy chcemy celowo kształtować przez nie rzeczywistość. Wielu nie zgadza się na tak zwane żeńskie końcówki, bo brzmią sztucznie. Ale jednak sama dyskusja pomaga ujawnić problem i szukać rozwiązania.

Chciałbym otworzyć dyskusję na temat – jak mówić o relacjach polsko-żydowskich, żeby nie stygmatyzować i nie dzielić, nie przeciwstawiać, ale i nie równać na siłę. Bo chociaż wszyscy jesteśmy Polakami, to przecież jesteśmy różnorodni i to nas wzbogaca.

Nie mam gotowego rozwiązania. Wierzę, że umiemy je w publicznej debacie znaleźć. A problem jest niebagatelny. Jak zachować szacunek dla odrębności kulturowej Polaków różnego pochodzenia, a jednocześnie pokazać ich integralność polską? Polak pochodzenia żydowskiego jest dokładnie tak samo Polakiem, jak Polak pochodzenia wielkopolskiego, tatarskiego, pomorskiego czy białoruskiego. Tylko tego jeszcze nie umiemy wyrazić w naszym języku. Określenie „Polak pochodzenia…” naznacza, zwłaszcza kiedy zestawiamy je z „Polak etniczny”. No i… co to miałoby znaczyć – Polak etniczny? Czy mieści się w tym określeniu etniczny mieszkaniec Pomorza Zachodniego, Śląska, Kaszub, Mazur, Podkarpacia, Wielkopolski, Podlasia… można by długo wymieniać regiony zróżnicowane historią, kulturą, tożsamością. Jak o tych różnicach mówić, żeby nie piętnować?


 „Nasze Czasopismo” nr 5/2018
rys. pixabay.com