Felieton Kultura

SZTUKA ZARZYNANIA

Z prawdziwą, niezależną sztuką można się dziś zetknąć jedynie w piwnicach, garażach lub wynajętych przez artystów przestrzeniach. Z instytucji powołanych do promowania sztuki wylewa się bowiem poprawność polityczna, wazeliniarstwo, robione pod publiczkę rzemiosło lub zwykła chałtura.

Jerzy Andrzej Masłowski

 

Niedawno uczestniczyłem w dwóch projektach teatralnych: jeden był realizowany przez aktorki i aktorów zawodowych, drugi – przez amatorów. Aktorzy zawodowi byli nie najlepiej przygotowani, nie znali dobrze tekstu, spóźniali się lub wychodzili wcześniej (jak się ma na głowie serial, nagranie reklamy, casting do filmu i sesję zdjęciową do kolorowego tygodnika, trudno być do wszystkiego perfekcyjnie przygotowanym).

Niemal wszyscy byli też podenerwowani, co wynikało nie tylko z nadmiaru obowiązków i często marnych propozycji zawodowych, ale i z frustracji spowodowanej tym, iż zmuszani są do poprawności politycznej i muszą tonować wypowiedzi, bo w razie nieprawomyślności wylecą z produkcji finansowanej np. przez TV Kurski. Próby z zawodowcami były ciężką, męczącą szychtą, zaś rozmowy w garderobie sprowadzające się do tego, gdzie jest jaki casting i jaki producent ile płaci, doprowadzały mnie do rozpaczy.

Za to praca z amatorami była dziką przyjemnością. Jako że często wykonują oni pozaartystyczny zawód, stać jest ich finansowo i czasowo, by tworzyć prawdziwą sztukę. Na próby się nie spóźniają, są przygotowani, tryskają pomysłami; widać, że teatralne działania przynoszą im ogromną frajdę. Niektórzy są tak uzdolnieni, że bez kompleksów mogliby stanąć na scenach najzacniejszych teatrów. Ponadto wielu ma swoje firmy, nie boją się więc grać kontrowersyjnych postaci, które zadają niewygodne pytania i wygłaszają polityczne komentarze.

Artyści (wszystkich kierunków) czerpiący z publicznej kasy dziś już nie uprawiają sztuki; w ich przypadku można co najwyżej mówić o sztuce… zdobywania funduszy na projekty artystyczne, choć może „artystyczne” to zbyt wielkie słowo. Bo jak tu mówić o sztuce, kiedy teatry, galerie, grupy artystyczne itp. usiłują dopasować swoje pomysły do ogłaszanych konkursów? Kiedy to urzędnicy z ministerstwa czy ratusza wymyślają jakiś temat (często absurdalny), spisują warunki, które projekt musi spełniać, a artysta rozpaczliwie usiłuje dopasować swój pomysł, ba, swoją osobowość, do urzędniczej twórczości? Nawet jeśli artysta miał pomysł zbieżny z wymyślonym przez urzędników tematem, to naginanie go do warunków konkursu powoduje, iż z pierwotnej wizji pozostaje ułomny zarys, a całość staje się koszmarną hybrydą artystycznej idei i urzędniczego widzimisię.

Jakby innych plag było mało, artysta realizując projekt konkursowy musi uważać, by nie narazić się mecenasowi i jego konfratrom. Krótko mówiąc „biorca” (teatr, galeria, fundacja, itp.) musi mieć zgodność z „dawcą” (mecenasem), bo jeśli „Rh” okaże się odmienne, „dawca” zakwestionuje pracę i każe zwracać kasę. Artyści zmuszani są do lawirowania, stosowania uników i naginania swych przekonań oraz pomysłów do poprawnego politycznie trendu. I tak powstaje chałtura często zahaczająca o „artystyczną” prostytucję, mająca wykazać urzędnikom, że otrzymane fundusze wydane zostały prawidłowo.

Każdy artysta chce, by jego idea rozeszła się po świecie i stała się wieczna. Nie przejdzie do historii ten, kto traktuje swą pracę jako sposób zarabiania na życie. Nie zachwyci przyszłych pokoleń ten, kto uważa, że musi kształtować poglądy odbiorców, bo twórczość dydaktyczna nie ma nic wspólnego ze sztuką. Szansę na nieśmiertelność ma tylko artysta, który tworzy bez żadnych ograniczeń, którego prace wynikają z najgłębszych przekonań i czystej radości tworzenia. Niestety, ich nie ma dziś kto sponsorować, a to znaczy, że nie powstaną wiekopomne dzieła.
A jeśli powstaną to zgniją w pakamerach, gdzie powstały i nikt o nich nie usłyszy.


 „Nasze Czasopismo” nr 6/2018
rys. Piotr Woźniak